wyprawa canoe warta odra zalew szczeciński morze bałtyckie   CANOE WARTA ODRA ZALEW SZCZECIŃSKI MORZE

WYPRAWA CANOE
WARTA ODRA ZALEW SZCZECIŃSKI
MORZE BAŁTYCKIE 

 



W szesnaście dni pokonaliśmy na wiosłach dystans 731,5 km.
Wyruszyliśmy z Uniejowa niedaleko Łodzi aby naszą podróż zakończyć
w główkach portu w Dziwnowie docierając w ten sposób do Bałtyku.

Pokonaliśmy następujące akweny:
Rzeka Warta , Odra , Odra Wschodnia , Przekop Klucze , Odra Zachodnia ,
Roztoka Odrzańska , Zatoka Stepnicka , Zalew Szczeciński , Zatoka Skoszewska , cieśnina Rzeka Dziwna , Zatoka Cicha , Zatoka
Madejska , Zatoka Karpinka , Zalew Kamieński , Zatoka
Wrzosowska i ponownie cieśnina Rzeka Dziwna
do jej ujścia do morza.

Znajomi żeglarze odradzali nam wypływanie na Zalew Szczeciński
stwierdzając , że zawsze tam wieje i nie damy rady go pokonać
łodzią o szerokości 90 cm. Inni napotykani po drodze gdy
dowiadywali się , że płyniemy do morza
z powątpiewaniem kiwali głowami.

Zdobyte w poprzednich latach doświadczenia na dużych akwenach
i testy na morzu pozwoliły nam jednak pokonać
tę trasę sprawnie i bezpiecznie.

W podróży tej przeżyliśmy liczne przygody i zobaczyliśmy świat
jakiego z lądu zobaczyć się nie da.



Już pierwszy wieczór na wodzie powitał nas takim zachodem słońca
dając przedsmak wrażeń jakich doznamy w tej podróży.




Biwakowanie przy samotnych drzewach stojących nad
brzegiem zdarzało nam się bardzo często i takie
miejsca polubiliśmy najbardziej.




Zamek w Kole. Data jego powstania nie jest pewna. Prawdopodobnie
pierwsza budowla obronna powstała tu za czasów Władysława
Łokietka. Okres rozkwitu tej fortyfikacji przypada na wiek XV.
W 1656 roku zamek został zniszczony przez Szwedów.
Dziś jest chętnie odwiedzany przez krowy
i poszukiwaczy skarbów.




Tu rzeka jest jeszcze płytka i spokojna ale nie zawsze tak będzie.




Most Toruński w Koninie. Jeden z licznych mostów pod którymi
przepłyniemy na tej trasie.




Powoli takie zachody słońca stały się standardem w naszej wyprawie.
Miło jest kończyć dzień takim widokiem.




Oto nasz dom na lądzie. Używamy go z dobrym powodzeniem
już wiele lat. Przetrzymał liczne nawałnice i ulewne deszcze.
Nigdy nas nie zawiódł.




To samo dotyczy łodzi. Bywało , że sternik wystawiał ją na najcięższe
próby ale z każdej podróży wracaliśmy szczęśliwie.




Pierwszy statek żeglugi zawodowej spotkany podczas tego spływu.
Pchacz prowadzi barkę z koparką. Warto go zapamiętać ,
nie jest to nasze ostatnie spotkanie na szlaku.




Wiaty Zespołu Przyrodniczo - Krajobrazowego Łęgi Mechicińskie
na 296 kilometrze Warty.




Skorzystaliśmy z gościnności tego miejsca i nie brakowało nam tu niczego. Szczególnie obfitość komarów mogła zaskoczyć nawet
największych twardzieli. Oddawaliśmy krew honorowo.




Prężnie działająca Marina w Śremie w której spotkamy
przesympatycznego bosmana oraz grupę
bardzo aktywnych wodniaków.




Za chwilę przepłyniemy pod mostem kolejowym
i znajdziemy się w Poznaniu.




W oddali widoczny Kościół klasztorny franciszkanów pod wezwaniem
św. Franciszka Serafickiego w Poznaniu zbudowany
w latach 1661-1668 ,

a niżej na wodzie zaskoczenie , holenderski statek w Poznaniu...


 

Obejrzeliśmy go sobie dokładnie z przodu i z tyłu.
Holenderski i nic tego nie zmieni...




Zamieniliśmy kilka słów z marynarzem pełniącym tu wachtę. Był pełen
uznania gdy dowiedział się skąd i dokąd płyniemy , a dał temu
wyraz podnosząc kciuk do góry. Chcieliśmy się dowiedzieć
co przywiózł oraz co zabiera z Poznania holenderski
statek ale bariera językowa , szybki prąd rzeki
i zajęte pagajami ręce nie pozwoliły
nam o to dopytać.




Po prawej stronie widoczne wieże Bazyliki archikatedralnej Świętych
Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu. Jest to jeden z najstarszych
polskich kościołów i najstarsza polska katedra.
Istniała już w 968 roku.

 


Piękne nowe osiedle mieszkaniowe w starym porcie rzecznym
w  Poznaniu. Port został otwarty w 1902 roku , a zniszczony
w 1945 roku podczas bitwy o Poznań. Nigdy go nie
odbudowano i żegluga na Warcie zamarła.




Zespół elewatorów zbożowych w Czerwonaku oraz nabrzeże
przeładunkowe dla barek. Zespół powstał w 1955 roku.
Za elewatorem znajduje się nieczynny port.




Kolejna napotkana barka na naszej drodze. Im bardziej zbliżamy się
do Odry, tym spotkania takie stają się częstsze.




Oto jeden z biwaków , które wspominamy najmilej. Uwolniliśmy się od
komarów , które zostały dzielnie zastąpione przez końskie muchy.




Spotykamy tę barkę i pchacz ponownie. Koparka została dostarczona ,
teraz ładunek stanowi faszyna do umacniania brzegów.




Właśnie nas mija przesympatyczna załoga znanej powszechnie na Warcie
Milicji. Płyniemy razem już kilka dni. Gdy my rozbijamy biwak , to oni
mijają nas pozdrawiając. Gdy Milicja gdzieś staje lub zawija
do portu , my mijając ich też pozdrawiamy.

Dziś zabrali pasażerów na gapę - kajakarzy ,
którym nie chciało się wiosłować.




"Wyścig" trwa. Będziemy tak się ścigać aż do Kostrzyna nad Odrą.
Kto wygra? Czas pokaże.




Kolejny miły biwak na górce. Na Warcie nie ma raczej kłopotu
ze znalezieniem dogodnych miejsc biwakowych.




Łódź także znalazła zaciszną zatokę za ostrogą. Rozładunek i załadunek
nie były łatwe , bo ostroga kamienna , a woda od razu głęboka.
Jak zawsze poradziliśmy sobie , choć bagaże trzeba było
nosić dosyć daleko.




Konie i krowy wypasające się nad Wartą mają dobre życie. Pastwiska
obfitują w trawę , a rzeka zapewnia stały dostęp do wody pitnej
i dla ochłody podczas upałów.




Podobno jesteśmy tym co jemy... No i proszę , klacz je trawę , a później
z tej trawy powstaje taki śliczny źrebaczek.




Barki pracujące na rzece widzimy już codziennie. Miłe to urozmaicenie
wędrówki , szczególnie , że te spore statki niosące często bardzo
ciężkie ładunki nie wytwarzają fali stanowiącej dla nas
jakiekolwiek zagrożenie.




Nie zapominajmy , że razem z nami , jak zwykle płynie Grupa
Ochronno - Balastowa. Po trudach żeglugi czekają na
rozbicie namiotu i zasłużony posiłek.




Nudne ale piękne! Ile można patrzeć na cudowne zachody słońca...
Na szczęcie będą też dni pochmurne , co można zobaczyć
na kolejnych zdjęciach.




Gorzów Wielkopolski. Miasto z pięknymi bulwarami , fontannami ,
restauracjami , frontem odwrócone do rzeki i wodniaków.




Znowu mijamy Milicję. Zapraszają nas na kawę ale jest już godzina
osiemnasta i nie możemy skorzystać. Trochę nieładnie , bo płyniemy
razem już prawie tydzień. Musimy jednak przepłynąć przez miasto
i poszukać miejsca na biwak zanim zapadnie zmrok.




Wieża widokowa w Gorzowie Wielkopolskim kojarząca się
z gigantycznym pająkiem. Obiekt kontrowersyjny ,
słabo wykorzystywany ale charakterystyczny.




Opuszczamy gościnny wodniakom Gorzów Wielkopolski. Zbliżamy się
do mostu obwodnicy miasta. Gdy przestaniemy słyszeć hałas
samochodów staniemy na biwak.




Ładna łódź. Miło jest być wyprzedzonym przez taki jacht.




Z tyłu także wygląda nienajgorzej. Tylko dlaczego pływa z wyłożonymi
odbijaczami , czy ma zamiar przystąpić na środku rzeki do abordażu?




Kostrzyn nad Odrą. Mamy przekonanie , że przypłynęliśmy tu przed
Milicją. Nie widzieliśmy ich już po tym jak nas zapraszali na kawę.




Niestety, Milicja już tu jest (lewy górny róg zdjęcia). Zapytaliśmy jak to 
 się stało , że nie widzieliśmy kiedy nas wyprzedzali. Okazało się ,
że płynęli nocą gdy my spaliśmy. Zapytaliśmy czy to uczciwe? Odpowiedzieli , że uczciwe nie ale skuteczne , gdyż
oni zawsze wygrywają płynąc nocą.




A to nasz statek przycumowany do nabrzeża gościnnej
Mariny MOSiR w Kostrzynie.




To oczywiście nasz namiot rozstawiony w maleńkim lasku
na terenie mariny dzięki życzliwości bosmana.




Największy jacht jaki gościł w marinie w tym samym czasie co my.




Opuszczamy gościnną Marinę w Kostrzynie z którą mamy wspomnienia
jak najmilsze. Na zawsze zapamiętamy też bosmana , który na każde
pytanie odpowiadał: "tak , oczywiście , proszę bardzo , nie ma
sprawy , to żaden problem , za to nie płacicie , nie ma tego
w cenniku , zapraszam ponownie , miło było was gościć".

Chętnie przypłyniemy tu jeszcze nie raz!




Skończyła się Warta i wpłynęliśmy na Odrę. To chyba pierwszy polski 
słup graniczny jaki zobaczyliśmy na tej granicznej rzece. Po stronie
niemieckiej słupy graniczne były bardzo nieliczne i ustawione
daleko od brzegu. Chcieliśmy sfotografować jakiś bliższy
ale ostatecznie słupy zniknęły i nie pojawiły się więcej.




Pierwszy dzień na Odrze upłynął nam spokojnie. Niestety następnego
dnia pojawił się silny wiatr z północy i kilkudziesięciocentymetrowa fala.
Płynęło nam się naprawdę ciężko.




Po Odrze pływa dużo sporych jachtów turystycznych , jakie na Warcie
widywaliśmy rzadko i tylko w dolnym jej biegu.




Statek Sobieski z portu macierzystego Stepnica. Wg informacji do jakich
dotarliśmy, został zbudowany w 1926 roku w stoczni
De Groot i Van Vliet, Slikkerveer w Holandii.  

Obecnie posiada długość 67 m, szerokość 8,20 m, zanurzenie 2,37 m.
Tonaż 856 t, silnik Volvo Penta 490 KM.




Port Gross Neuendorf , obecnie obiekt turystyczno - noclegowy.
Na zdjęciu dawna wieża przeładunkowa z pomostem widokowym oraz
historyczne odrestaurowane wagony mieszkalne do wynajęcia.

Poza tym obiektem po stronie niemieckiej spotkaliśmy
bardzo mało zabudowań widocznych z wody.




Na jeden z odpoczynków znaleźliśmy zaciszną zatokę ukrytą za wyspą.

 


Zbliżamy się do Gozdowic. Znajduje się tu pierwsze promowe przejście
graniczne na Odrze uruchomione 20.10.2007 roku. Łączy
miejscowości Gozdowice oraz Gustebieser Loose.




Przeprawę obsługuje nowoczesny prom z napędem bocznokołowym.
Armatorem promu o wymownej nazwie "Bez Granic" jest Gmina
Mieszkowice.  Prom zabiera na pokład 6 samochodów
osobowych oraz 20 pasażerów.




Słońce chowa się już za horyzontem. Za chwilę rozładujemy łódź
i przystąpimy do organizacji kolejnego biwaku.




Nie opadła jeszcze poranna mgła , turyści śpią , a na rzece pracują
już marynarze śródlądowi.

Niezwykłe zdjęcie zrobione bez wychodzenia ze śpiwora.




Był to miły biwak na wyspie ale czas już zwijać obóz i ładować
bagaże do łodzi.




Statki żeglugi odrzańskiej widzimy już kilka razy dziennie.
Coraz częściej musimy spływać bliżej brzegu aby ustąpić im z drogi.




Po jednym z najcięższych etapów na Odrze z powodu silnego ,
przeciwnego wiatru i wysokiej fali  , już po zmroku
znaleźliśmy bardzo wygodne miejsce biwakowe
wpływając kawałek pod prąd rzeki
o nazwie Tywa.


 

Na biwaku odwiedził nas taki oto czerwony i bardzo hałaśliwy ptak.
On przypatrywał się nam z góry , a my jemu z dołu.




Gdy wróciliśmy na Odrę i ruszyliśmy w dalszą drogę to się okazało ,
że spotkaliśmy niebieskiego ptaka podobnego do poprzedniego.
Tamten jednak latał bardzo wysoko , a ten tylko kilka
centymetrów nad wodą.




Gryfino. Nowe nabrzeże do którego mogą cumować jachty. Podobno
inwestycja ta kosztowała 30 mln zł. i ma na celu przywrócenie
Odrze znaczenia rekreacyjno - turystycznego
i żeglarskiego.




Barki wożą często ładunki , których przewiezienie drogą lądową
byłoby bardzo trudne lub wręcz niemożliwe.




Jeszcze jeden most i wpłyniemy do Szczecina. Bardzo jesteśmy
ciekawi co nas spotka w tym ogromnym portowym mieście.




Tuż za mostem spotykamy pierwsze nabrzeże i dźwigi portowe.
Wiemy , że jesteśmy już w Szczecinie.




Statki stojące w pobliżu wieżowców osiedla mieszkaniowego.
Widok nieznany mieszkańcom głębi kraju.




Jesteśmy w centrum Szczecina. Jeszcze nigdy nie oglądaliśmy
go z takiej perspektywy.




Szczecin Główny - dworzec kolejowy. Kto by przypuszczał, że
nie przyjedziemy tu pociągiem , a przypłyniemy łodzią.




To miejsce niezwykłe i bardzo niebezpieczne. W rejonie mostów
kolejowego i drogowego następuje zmiana organizacji ruchu
w ten sposób, że ruch prawostronny zostaje zamieniony
na lewostronny i przez chwilę płyniemy
"po angielsku".

Na krótkim odcinku, trasy statków płynących w górę i w dół zamieniają
się stronami. Ta niezwykła sytuacja jest przyczyną licznych pomyłek
jednostek turystycznych.

Nas pod tym mostem "chciał" staranować niemiecki jacht żaglowy ,
który wpłynął pod prąd na zakaz przejścia gdy my prawidłowo
płynęliśmy przejściem jednokierunkowym. Na szczęście  
w porę to zauważyliśmy i schowaliśmy się za filarem.

Na zwróconą uwagę sternik jachtu zawstydzony przepraszał
tłumacząc , że nie dotarło do jego świadomości ,
że może tu wystąpić ruch lewostronny.




W pobliżu gmachu Akademii Morskiej w Szczecinie cumuje statek
szkolno-badawczy m/s Nawigator XXI.




Do portu Szczecin mogą wpływać statki o zanurzeniu do 9,15 m przy 
długości całkowitej 160 m i nośności 61 tyś. ton. W wyjątkowej
sytuacji port może przyjąć także statki większe o długości
do 215 m i szerokości 31 m.




Jesteśmy zachwyceni możliwością zwiedzania portu z pokładu
naszej maleńkiej łodzi. Dysproporcja naszych jednostek
pływających jest porażająca.




Opuszczamy wolno gościnny Szczecin. Spotkaliśmy tu statki małe
i duże , zwykłe , pospolite i bardzo urodziwe. To jednak nie
koniec naszej podróży. Płyniemy na poszukiwanie
większych , ciekawszych i niebezpiecznych ,
będących w drodze tak jak my.

W Szczecinie przekroczyliśmy granicę wód śródlądowych
i wpłynęliśmy na obszar morskich wód wewnętrznych.




To nasz pierwszy biwak "morski". Jak na taki przystało, namiot
postawiliśmy na piasku.




Wodolot. Mijaliśmy się z nim kilka razy. Statek ten najbardziej przerażał
Szlakową. Wydawało się jej , że gdy płynie z wielką prędkością
w naszym kierunku , to nie da rady na czas skręcić 
i nas przejedzie.

Ostatecznie okazało się , że to maszyna wystarczająco zwrotna i zawsze
rygorystycznie trzymająca się wyznaczonego szlaku , a przy tym
wytwarzająca bezpieczną dla nas falę , a właściwie miły dla
błędnika rozkołys dużej powierzchni wody.




Chcieliśmy spotkać na swej drodze wielki statek i się udało.
Mieliśmy okazję porównać wielkość i kształt naszych
dziobów. Na zdjęciu wielkości są podobne...

Jest to Frederik , statek o długości 155 m i szerokości 24 m ,
o zanurzeniu maksymalnym 9,5 m , pływający
pod banderą maltańską.




Szczęśliwe zrządzenie losu pozwoliło nam być obserwatorami pracy
Służby Pilotowej. Statek zbliża się do portu , a do jego burty mniej
więcej w połowie długości przybija niewielka łódź i razem
płyną obok siebie , a w tym czasie po drabince pilot
wchodzi na pokład i udaje się na mostek aby
pomóc kapitanowi bezpiecznie
doprowadzić statek do celu.




Tam gdzie wielkie statki pływają blisko brzegu wytwarzając fale ,
do załadunku łodzi konieczne było postawienie jej na
zaimprowizowanej kotwicy. Kanu stojące bokiem
do brzegu zostałoby zatopione.




Znowu udało się nam spotkać bardzo ciekawy statek. Tym razem to
gazowiec o długości 99 m i szerokości 14 m pływający
pod banderą brytyjską.




Monica Kosan to gazowiec LPG , statek bardzo zaawansowany
technologicznie przewożący skroplony gaz. Statki takie
spełniają najsurowsze normy bezpieczeństwa.

Jak widzimy, napis "No smoking" zakazujący palenia jest
bardziej widoczny niż nazwa statku na dziobie.




Holownik. Niewielki statek wielkiej mocy. Szybko płynący staje się
postrachem załóg małych łodzi. Przy dużej prędkości pcha
przed sobą tony wody i wytwarza krótkie , bardzo
wysokie fale , których pokonanie przyprawia
sternika o kolejny siwy włos na wąsach.

Za to Szlakowa do zagadnienia podchodziła z pełnym spokojem ,
stwierdzając , że na morzu pokonywaliśmy fale dwa razy
wyższe , wiec taka powalić nas nie powinna (raczej...)




Benjamas Naree , statek towarowy o długości 181 m i szerokości 29 m ,
pływający pod banderą Singapuru. Prowadzony był do portu
początkowo przez dwa holowniki , jeden z przodu i drugi
z tyłu. Okazało się to nie wystarczające i na pomoc
pospieszył im trzeci holownik , którego fala
omal nas nie powaliła.




Przed nami Wyspa Chełminek. Za chwilę ją miniemy i opuszczając
Roztokę Odrzańską wypłyniemy na szerokie wody
Zalewu Szczecińskiego.




To nasz jedyny biwak nad brzegiem Zalewu Szczecińskiego.
Jak przystało na obszar morski znowu nasz namiot
został posadowiony na piasku.




Wieczór był bardzo urokliwy , a wody zalewu uspokoiły się. Niestety
dnia następnego wiał silny , przeciwny wiatr z północy
i północnego wschodu. Około południa cała 
powierzchnia Zalewu pokryła się
białą pianą.

Wiatr był na tyle silny , że nie pozwolił nam wpłynąć na Zatokę
Skoszewską. Próbowaliśmy wystawić dziób zza cypla ale
wiatr cofał nas do tyłu mimo , że z całej siły
wiosłowaliśmy do przodu.

Z wielkim trudem udało nam się zawrócić unikając wywrotki
i schować za cyplem. Dobiliśmy do brzegu i z ogromnego
dębu obserwowaliśmy stan Zatoki Skoszewskiej.
Po około dwóch godzinach wiatr nieco osłabł
i ruszyliśmy w dalszą drogę.




Wolin. Dotarliśmy tu około godziny dwudziestej. Jak widać nawet tu
w mieście wieje silny wiatr , któremu towarzyszy fala. Byliśmy
skrajnie wyczerpani fizycznie , zacumowaliśmy na chwilę
w porcie żeby w pobliskim sklepie kupić słodycze
dla uzupełnienia braków energetycznych.

Zaraz za miastem , po lewej stronie , zobaczyliśmy czerwoną tablicę
Woliński Park Narodowy , a po prawej przez wiele kilometrów
brzegi były dla nas niedostępne. Miejsce biwakowe
znaleźliśmy dopiero ciemną nocą.




Obudziliśmy się w ładnym miejscu nad Rzeką Dziwną. Rzeka Dziwna
nie jest rzeką ale cieśniną morską oddzielającą wyspę Wolin
od stałego lądu. W 1949 roku cieśninę tę nazwano Dziwna ,
zastępując poprzednią niemiecką nazwę Dievenov oraz
błędnie określając jako rzekę. Nad Rzeką Dziwną leżą
cztery porty morskie; Wolin , Sierosław , Kamień
Pomorski i Dziwnów. Trzy z nich
odwiedziliśmy.




Nasze wyczerpane organizmy szybko się zregenerowały na tyle ,
że byliśmy zdolni do dalszej walki z żywiołami i wędrówki
w poszukiwaniu przygód zaprawionych adrenaliną.
Za chwilę zwijamy obóz i ruszamy w drogę.




Pokonaliśmy Zatokę Cichą i Zatokę Madejską. Zbliżamy się do mostu
o prześwicie 1,5 m. Mogą pod nim przepłynąć tylko bardzo małe
jednostki. Większe statki muszą wybrać drogę okrężną.




Dotarliśmy do Kamienia Pomorskiego. W oczekiwaniu na poprawę
warunków pogodowych zrobimy tu godzinny postój.




Wiatr nieco zmniejszył swoją siłę. Po godzinnym postoju ruszamy dalej.
Poświęcimy jeszcze kilka minut na podziwianie panoramy miasta.




Marina w Kamieniu Pomorskim może pomieścić aż 240 jachtów.
Kosztowała ponad 20 milionów zł. i jest jednym
z najpiękniejszych obiektów tego typu
w Polsce. Naszym celem jest
jednak Dziwnów.




Przepłynęliśmy bez problemu Zatokę Karpinka oraz zalew Kamieński.
 Zatoka Wrzosowska okazała się bardzo trudna do pokonania
ze względu  na silny wiatr z północy wiejący od
bliskiego już morza i wysoką falę.

Do tego na środku zatoki doszło do zmiany kierunku wiatru na północno 
 wschodni i wypiętrzenia fal , co wymusiło na nas konieczność
płynięcia przez pewien czas w kierunku Dziwnówka , aby
następnie na fali i z wiatrem pognać jak na skrzydłach
do Dziwnowa Dolnego.

Mimo trudności dopływamy szczęśliwie.




Dopłynęliśmy do przystani mariny w Dziwnowie. Nie stajemy tu jednak ,
naszym celem jest morze.




Mkniemy dalej podziwiając miasto i port widziany z wody.




Na każdym kroku widać , że jest to miasto portowe
pełne wczasowiczów.




Dopływamy do stacji paliwowej. Jest inną od tych spotykanych zwykle.
Od strony ulicy tankują samochody , a na wodzie paliwo
pobierają łodzie motorowe mające do dyspozycji
oddzielny dystrybutor.




Most zwodzony w Dziwnowie. My możemy nie czekać na otwarcie
i przepłynąć pod nim w dowolnym miejscu i czasie.



 
Oglądamy się za siebie. Most został podniesiony i przepływa pod
nim jacht żaglowy , następny w kolejce jest statek Korsarz.




Widzimy już główki portu. Na falochronach trwają prace remontowe.




Dopłynęliśmy do morza!!!
Symbolicznie zawracamy w główkach portu.
Przepłynęliśmy tu z Uniejowa pokonując trasę o długości ponad 730 km.

Znajdujemy nocleg na pobliskim campingu , gdzie są warunki do 
rozładowania łodzi i wygodnego wyjęcia jej na brzeg.

Nasza żegluga dobiegła końca ale zostaniemy tu jeszcze cztery dni aby
wypocząć po trudach podróży i nacieszyć się morzem.




To już zdjęcia robione przez pieszych szczurów lądowych.
Tym razem oglądamy wyjście z portu widziane od strony plaży.




Z zazdrością patrzymy na jacht wychodzący w morze.




Statek Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa SAR.
Cieszymy się , że tu jest. Cieszymy się , że jego
pomoc nie była nam potrzebna.




Port rybacki. Kuter wrócił właśnie z połowu i trwa sortowanie ryb.




Kontroler - 16, statek Okręgowego Inspektoratu Rybołówstwa
Morskiego w Szczecinie.




Fafik , prestiżowe imię dla poważnej jednostki pływającej.
Ktoś może się śmiać ale każdy je zapamięta
i pewnie o to właśnie chodzi.




Widzieliśmy już ten most otwarty i zamknięty z wody. Mijaliśmy się
także z Korsarzem. Teraz to wszystko możemy oglądać
z pozycji przeciętnego wczasowicza.




Jacht motorowy Sophia Helena zbudowany w 1964 roku.
Długość 16,99 m , szerokość 5,01 m, zanurzenie 2,31 m.
Silnik SKL 150 KM , szybkość 8 węzłów przy
400 obr/min , zużycie paliwa 10-11 l/godz.




Orient Splendor , ciekawy jacht żaglowy stanowiący ozdobę
portu w Dziwnowie.




Jeszcze rzut oka na przystań Mariny w Dziwnowie i wracamy
do naszego miejsca zakwaterowania w drugim
końcu miasta.




Kończy się nasz urlop i szykujemy się do odjazdu. Przyszliśmy na
prawie pustą o tej porze plażę aby pożegnać się z morzem.


 

Wilki morskie nie chcą wracać do domu. Baraszkują w piasku
i odmawiają opuszczenia plaży. Uważają , że wygrzewanie
się na słońcu dobrze zapobiega reumatyzmowi jakiego
można się nabawić uprawiając długą żeglugę.




Słońce dało nam znak w postaci widocznego na zdjęciu wykrzyknika.
Nie wiemy czy to wyraz uznania dla naszej dzielnej załogi , czy
ostrzeżenie na przyszłość.

Jedno jest pewne , odbyliśmy podróż naszego życia , przeżyliśmy
wspaniałe przygody , poznaliśmy sympatycznych ludzi
i zobaczyliśmy świat jakiego dotąd nie oglądaliśmy.

Postscriptum
dla tych , którzy lubią znać liczby i prawdę od podszewki.

Za okres bycia w podróży uważamy okres mieszczący się między porannym
ruszeniem w drogę , a momentem rozpoczęcia wieczornego rozładunku
łodzi. Od czasu podróży nie są odliczane postoje , odpoczynki ,
posiłki , zakupy , fotografowanie , podziwiane ,
spacery z psami i inne przerwy.

Liczymy realny czas jaki był nam potrzebny na pokonanie dystansu
w podróży turystycznej.

Podróż z Uniejowa do Dziwnowa zajęła nam 16 dni.

Na podróż poświęciliśmy 140 godzin.

Średnio dziennie byliśmy w podróży 8 godz. 45 minut.

Pokonaliśmy dystans 731,5 km.

Średni dzienny dystans wyniósł 45,7 km.

Średnia prędkość wyniosła 5,2 km/godz.

Najdłuższy pokonany odcinek dzienny wyniósł 62 km w czasie
9 godz. 30 minut ze średnią prędkością 6,3 km/godz.

Najkrótszy całodzienny odcinek wyniósł 25 km w czasie 12 godzin ze średnią
prędkością ok. 2 km/godz.Był to odcinek, obejmujący część Zalewu
Szczecińskiego , Zatokę Skoszewską i część Rzeki  Dziwnej
z dwugodzinnym oczekiwaniem na poprawę warunków
na Zatoce Skoszewskiej oraz nocną żeglugę przy
latarce w poszukiwaniu miejsca na biwak.
 
Wszystko przy silnym przeciwnym wietrze z północy i północnego wschodu przy którym
poruszaliśmy się często  z prędkością 1 km/ godz. lub wręcz cofaliśmy się.

Odcinek kończący podróż wynosił 19 km i został pokonany w czasie 6 godz. 30 min.
ze średnią prędkością 2,9 km/godz., także przy silnym wietrze z północy
i północnego wschodu, przy którym na Zatoce Wrzosowskiej dłuższy
czas poruszaliśmy się z prędkością ok. 1 km/godz.